Kończący się właśnie rok oznacza ważny jubileusz dla jednej z najsłynniejszych marek świata. Samochody z Maranello dostępne są dla nielicznych, ale pod każdą szerokością i długością geograficzną znajdziecie maniaków motoryzacji, którzy nie tylko słyszeli o Ferrari, ale też marzą o posiadaniu auta z wierzgającym konikiem w logotypie – lub chociażby o przejażdżce taką maszyną.

Pierwszy samochód o nazwie Ferrari powstał 70 lat temu, ale założyciel legendarnej marki już przed drugą wojną światową działał w motoryzacyjnym przemyśle. Urodzony pod koniec XIX wieku Enzo Ferrari złapał wyścigowego bakcyla w wieku zaledwie 10 lat. Oglądał triumf Felice Nazzaro w zawodach na drogach wokół Bolonii i wówczas postanowił zostać kierowcą wyścigowym.

Korzenie: Alfa Romeo

Enzo Ferrari dożył sędziwego wieku 90 lat i do śmierci w 1988 roku trzymał rękę na pulsie swojej słynnej firmy.

W latach 20. późniejszy założyciel firmy Ferrari ścigał się samochodami Alfa Romeo. Jego entuzjazm przygasł po śmierci wspaniałego kierowcy Antonio Ascariego, a karierę za kółkiem zakończyły w 1932 roku narodziny syna, Dino. Enzo na dobre zajął się prowadzeniem zespołu wyścigowego, który co prawda nazywał się Scuderia Ferrari, ale tak naprawdę był satelicką ekipą Alfy Romeo.

Wystawianymi przez niego samochodami jeździli najwybitniejsi kierowcy tamtych lat: Giuseppe Campari czy Tazio Nuvolari. Ten ostatni zabłysnął m.in. wspaniałym triumfem na śmiertelnie groźnym Nürburgringu, w 1935 roku. W jaskini lwa pokonał niemieckich asów zespołów Mercedes i Auto Union, ucierając nosa organizatorom – byli tak pewni zwycięstwa któregoś ze swoich asów, że nie przygotowali włoskiego hymnu do odegrania podczas dekoracji. Był to jedyny ważny wyścig w latach 1935-39, który nie padł łupem kierowców Mercedesa lub Auto Uniona.

Emblemat lotniczego asa

Słynny na cały świat znaczek to emblemat włoskiego asa lotnictwa z pierwszej wojny światowej.

Na Alfach Romeo wystawianych w wyścigach przez zespół Enza Ferrariego widniały już słynne symbole, do dziś kojarzone nieodłącznie z samochodami z Maranello. Wierzgający czarny konik, czyli Cavallino Rampante, był malowany na samolotach asa przestworzy z pierwszej wojny światowej. Hrabia Francesco Baracca, autor 34 powietrznych zwycięstw, zaczynał wojskową karierę w kawalerii, a po przenosinach do lotnictwa umieszczał takie nawiązanie na swoich maszynach. Zginął pod koniec wojny, a Enzo Ferrari otrzymał medalion z emblematem konika od jego matki. Od 1929 roku wierzgający ogier na żółtej tarczy – barwy Modeny, rodzinnego miasta Enza.

Na własny rachunek

Historia samej marki Ferrari tak naprawdę rozpoczęła się dopiero w 1947 roku. Alianci zbombardowali fabrykę w Modenie, więc po wojnie Ferrari wznowił działalność w pobliskim Maranello. Enzo przede wszystkim realizował swoją wyścigową pasję, więc pierwszy model noszący jego nazwisko – 125 S – był sportową maszyną. Zbudowano go w zaledwie dwóch egzemplarzach, a półtoralitrowy silnik V12 (prawdopodobnie najmniejsza jednostka o tej konfiguracji w historii motoryzacji) rozwijał około 120 KM. Żaden model 125 S nie przetrwał do dziś, bo z ich podzespołów budowano kolejne wersje wyścigówek.

Enzo był aktywny na wszystkich najważniejszych wyścigowych polach: gdy w 1950 roku ruszyły wyścigowe mistrzostwa świata według regulaminów Formuły 1, Scuderia stanęła na starcie już w drugiej rundzie – w Monako. Do dziś lista opuszczonych Grand Prix w mistrzowskim cyklu to ledwie parędziesiąt startów. Nic dziwnego, że na torach Formuły 1 czerwień z Maranello ma status legendy – poparty szesnastoma tytułami mistrzowskimi wśród konstruktorów i piętnastoma wśród kierowców.

Łzy szefa

Fabryka marzeń w Maranello: po lewej replika modelu 125 S, po prawej współczesny hipersamochód LaFerrari.

Enzo Ferrari podobno płakał jak dziecko, gdy w 1951 roku na angielskim torze Silverstone jego kierowca José Froilán González odniósł pierwsze zwycięstwo dla Scuderii w mistrzostwach świata. Wcale nie chodziło o sam triumf – tylko o to, że tęgi Argentyńczyk pokonał dominującą w tamtym okresie ekipę Alfy Romeo. Enzo wciąż czuł sentyment do marki, z którą odnosił pierwsze wyścigowe sukcesy.

Nie ronił tylu łez, gdy w jego czerwonych maszynach ginęli wspaniali zawodnicy. Dawniej wyścigi niosły ze sobą śmiertelne niebezpieczeństwo i lista ofiar tej wspaniałej pasji jest naprawdę długa. Z kolei grono zawodników, których Enzo darzył prawdziwym szacunkiem, było bardzo wąskie. Przedwojenny as Tazio Nuvolari chyba na zawsze pozostał w jego oczach niedoścignionym wzorem, ale wyjątkową pozycją w oczach założyciela Ferrari cieszyli się chociażby John Surtees – jedyny w historii wyścigowy mistrz świata na dwóch i czterech kołach (to ostatnie rzecz jasna w barwach Ferrari) – czy Gilles Villeneuve, nieustraszony Kanadyjczyk, który nie zdążył zdobyć tytułu, bo zginął w koszmarnym wypadku na początku lat 80.

Galeria mistrzów

„Moim pierwszym marzeniem były wyścigi, drugim dojście do Formuły 1, a trzecim jazda w Ferrari” – powiedział kiedyś Villeneuve. Zaszczytu startów w czerwonych barwach dostąpiło niewielu, jeszcze węższe grono może poszczycić się mistrzowskimi laurami. Nie zaliczają się do nich chociażby wielokrotni czempioni Alain Prost, Fernando Alonso czy Sebastian Vettel, którzy do kolekcji zdobywanych z innymi ekipami tytułów nie dorzucili żadnego dla Ferrari.

Z kolei Michael Schumacher pięć ze swoich siedmiu mistrzostw wywalczył w samochodach z wierzgającym konikiem. Po dwa razy czempionat w barwach Scuderii zdobywali Alberto Ascari w latach 50. (syn Antonio, po którego śmierci Enzo stracił serce do występów za kierownicą) i Niki Lauda w latach 70. Ostatnim mistrzem był Kimi Räikkönen i od jego triumfu, w 2007 roku, upłynęło już ponad dziesięć lat. Wzloty i upadki, okresy glorii i mizerii, to zresztą charakterystyczna cecha całej historii Scuderii. Sezon 2017 przyniósł powiew świeżości w walce z dominującym w ostatnich latach Mercedesem, ale Vettel i jego wierzgający konik pogubili się w drugiej części zmagań. Teraz Maranello i cała Italia liczą na udany rok 2018.

Ten pokaz slajdów wymaga włączonego JavaScript.

Białe kruki

By finansować wyścigową działalność – nie tylko walkę o wygrane i mistrzowskie tytuły w Grand Prix Formuły 1, ale też zmagania w legendarnym maratonie 24h Le Mans, w którym samochody Ferrari wygrywały dziewięciokrotnie – Enzo zaczął budować i sprzedawać auta drogowe. Zawsze były drogie, szybkie i efektowne. Niektóre powstawały tylko po to, by spełnić regulaminowe wymogi w wyścigach – trzeba było wyprodukować niewielką liczbę egzemplarzy dopuszczonych do ruchu drogowego, by homologować wyczynową wersję.

Kwartet marzeń: Ferrari F40, Ferrari F50, Ferrari Enzo i LaFerrari.

Nic dziwnego, że takie samochody – rarytasy wśród rarytasów – osiągają dziś niebotyczne ceny. Cztery lata temu Ferrari 250 GTO z 1962 roku zmieniło właściciela za skromną kwotę 52 milionów dolarów. Poprawiono w ten sposób rekord wszech czasów, ustanowiony półtora roku wcześniej. Wówczas za ponad 38 milionów dolarów sprzedano… inny egzemplarz 250 GTO, zbudowany dla słynnego kierowcy wyścigowego Stirlinga Mossa.

Rekordy na aukcjach

Zestawienie dziesięciu samochodów, które osiągnęły najwyższe ceny na aukcjach, jest zresztą pełne aut ze skaczącymi konikami. Dwa pierwsze miejsca już znacie. Miejsce trzecie – Ferrari 335 Sport Scaglietti z 1957 roku (35,7 mln dolarów). Piąte – Ferrari 290 MM Scaglietti Spider z 1956 roku (28 mln dolarów). Szóste – Ferrari 275 GTB/4 NART Spider z 1967 roku (27,5 mln dolarów). Siódme – Ferrari 275 GTB/C Speciale by Scaglietti z 1964 roku (26,4 mln dolarów). W drugiej dziesiątce maszyny Ferrari widnieją na miejscach od 11. do 16. i 18.-19. Auto z pozycji dziewiętnastej – Ferrari 250 LM – „poszło” za 14,3 mln dolarów.

Nawet bardziej współczesne modele, oczywiście znacznie tańsze, rozpalają wyobraźnię fanów motoryzacji. Któż nie słyszał o takich autach, jak Testarossa, F40 – na 40-lecie firmy, ostatnie auto wypuszczone na rynek przed śmiercią Enza w 1988 roku – czy wreszcie Enzo, ochrzczone na cześć założyciela firmy?

Ten pokaz slajdów wymaga włączonego JavaScript.

Miliony, miliony…

Najdroższy samochód drogowy w 2017 roku – jedną z wersji McLarena P1 – można kupić za jedyne 3,7 mln dolarów. Najdroższe współczesne Ferrari zajmuje dopiero piąte miejsce na tej nieoficjalnej liście – za model Pininfarina Sergio (czyli 458 Spider przerobiony przez legendarnego projektanta) z limitowanej do sześciu sztuk serii trzeba wyłożyć trzy miliony dolarów. Nabywców wybierał oczywiście producent – podobnie jak w przypadku wielu innych rzadkich modeli w historii Ferrari.

Obecnie najtańszym modelem w gamie jest California T, z turbodoładowanym silnikiem V8 o pojemności 3,9 litra i mocy 552 KM. Kosztuje ledwie 200 tysięcy dolarów, czyli jakieś siedem razy mniej niż trzeba było zapłacić za najnowszy hipersamochód z Maranello, czyli LaFerrari – hybrydowy napęd z jednostki spalinowej 6,3 litra V12 oraz silnika elektrycznego daje łącznie 963 KM.

Za magię i legendarną aurę trzeba jednak płacić. Obcowanie z wielką tradycją i znaną na całym świecie marką musi kosztować swoje. Na pocieszenie dodamy tylko, że właściciele Ferrari mogą co prawda cieszyć się niebywałymi osiągami, pięknem i prestiżem swoich maszyn, ale pod jednym względem są równi innym kierowcom, a może nawet są w nieco gorszej sytuacji… Podobno włoskie piękności częściej niż supersamochody innych marek lubią odwiedzić warsztat samochodowy…

Ten pokaz slajdów wymaga włączonego JavaScript.

Posted by Mikołaj Sokół

2 Comments

  1. Według mnie ten najnowszy model Ferrari La Ferrari jest zdecydowanie najlepszym stylistycznie odkryciem roku 2017! Super auto, lśniąca czerwień i mnóstwo koni pod maską!

    Odpowiedz

  2. Historia warta stworzenia filmu biograficznego. Każdy motoryzacyjny maniak byłby zachwycony czerwonym ogierem wśród samochodów!

    Odpowiedz

Dodaj odpowiedź