LaFerrari – pierwsza hybryda w ofercie marki

Pierwsze hybrydowe Ferrari w ofercie słynnej włoskiej marki zaprezentowano w 2013 roku. Przy pracach nad LaFerrari aktywny udział brali ówcześni kierowcy Scuderii w Formule 1, czyli Fernando Alonso i Felipe Massa. Wyprodukowano zaledwie 499 sztuk, które mimo ceny sięgającej 1,5 miliona dolarów rozeszły się jak świeże bułeczki wśród stałych klientów firmy. Egzemplarz numer 500, zbudowany specjalnie z myślą o wystawieniu go na aukcję charytatywną, „poszedł” za 7,5 miliona dolarów. Stał się w ten sposób najdroższym samochodem wyprodukowanym w XXI wieku. Obecnie na rynku wtórnym za LaFerrari trzeba zapłacić średnio 3,5 miliona dolarów. Co za to otrzymujemy?

Klasyczny V12 z KERS

Centralnie umieszczony wolnossący silnik V12 o pojemności 6,3 litra rozwija moc 800 KM, przenoszoną na tylne koła przez siedmiobiegową przekładnię. Dodatkowe zastrzyki mocy zapewnia system hybrydowy, dzięki któremu najmocniejsze Ferrari w drogowej ofercie może dysponować aż 963 KM. W praktyce przekłada się to na „setkę” na liczniku po zaledwie 2,7 sekundy. Rozpędzanie do 200 km/h trwa niespełna siedem sekund, a po piętnastu pocisk z Maranello rozwija już skromne 300 km/h.

Ważące półtorej tony auto może osiągnąć aż 350 km/h, a w wytracaniu tych obłędnych prędkości pomagają tarcze hamulcowe większe niż w samochodach Formuły 1. Wyścigówki Grand Prix mają wentylowane tarcze o maksymalnej średnicy 278 milimetrów, te w LaFerrari mierzą 398 mm z przodu i 380 mm z tyłu. Montowane fabrycznie opony Pirelli mają średnicę 19 cali z przodu i 20 cali z tyłu, przy szerokości odpowiednio 265 i 345 milimetrów.

Esencja Ferrari

Jak sama nazwa wskazuje, włoska firma musiała postanowić, że ten samochód będzie wcieleniem esencji Ferrari. Biorąc pod uwagę nazwę i charakterystykę poprzednika – modelu Enzo – nowy topowy model spod znaku skaczącego konika musiał sprostać ogromnym wymaganiom i ustawić poprzeczkę na zupełnie nowym poziomie.

Warto podkreślić, że na niesamowite osiągi LaFerrari pracuje przede wszystkim silnik spalinowy bez żadnego doładowania. Wspomaganie w postaci podwójnego motoru elektrycznego przybliża poziom mocy do magicznej bariery tysiąca koni, ale podstawowe 800 KM też robi wrażenie, nawet w segmencie supersamochodów. Za właściwości jezdne odpowiada też zestrojone przy udziale ekspertów z Formuły 1 wielowahaczowe zawieszenie (z różnymi opcjami pracy) oraz rozbudowana aerodynamika – w tym ruchomy tylny spoiler. Kierowcy pomaga też zaawansowana kontrola trakcji, również wykorzystująca doświadczenia z F1 (gdzie od sezonu 2008 jest zakazana).

LaFerrari bez dachu

Dla swoich stałych klientów fabryka w Maranello przygotowała coś jeszcze bardziej szczególnego. Model LaFerrari Aperta, ze zdejmowanym dachem, powstał w serii zaledwie 210 egzemplarzy. Dwieście sprzedano stałym klientom – a raczej zaoferowano posiadaczom „zwykłego” LaFerrari. Też rozeszły się jak świeże bułeczki. Dziewięć przygotowano w wyczynowej wersji, bez możliwości wyjechania nimi legalnie na drogi.

Ostatni egzemplarz wystawiono na licytację charytatywną, z okazji 70-lecia marki Ferrari. We wrześniu zeszłego roku sprzedano go za 9,98 miliona dolarów. Tym samym poprawiono rekordową cenę za XXI-wieczny samochód, ustanowioną niespełna rok wcześniej przez LaFerrari w wersji coupé.

Święta trójca

Zamiast kolekcjonować płótna francuskich impresjonistów albo butelki kilkudziesięcioletniej whisky, można skompletować świętą trójcę supersamochodów. Obok LaFerrari w garażu świetnie prezentować się będą Porsche 918 Spyder i drogowa wersja McLarena P1 GTR. Trochę milionów na to pójdzie, zwłaszcza biorąc pod uwagę znikomą dostępność tego ostatniego auta. W wersji na tor egzemplarz z przebiegiem 200 km można kupić za 3,3 miliona dolarów, z kolei czarne LaFerrari Aperta z zerowym przebiegiem to już wydatek rzędu 6,5 miliona dolarów. Porsche powinni dorzucać w gratisie, skoro nowiutki egzemplarz można mieć za jedyne półtora miliona dolarów.

Co dalej?

Mimo nazwy, sugerującej ostateczne wcielenie filozofii Ferrari, prędzej czy później włoska firma z pewnością zaproponuje swoim najbardziej wymagającym klientom coś nowego. Strach się bać, co to może być. Pojawiła się już koncepcja modelu F80. Silnik V8 biturbo miałby rozwijać 900 KM, a w połączeniu z dodatkowymi 300 KM z układu KERS samochód rozpędzałby się do „setki” w 2,2 sekundy. Prędkość maksymalną oszacowano na 500 km/h…

Na razie to jednak tylko koncepcja i „ostatecznym” Ferrari pozostaje opisywane cacko. Na koniec dorzucimy jeszcze informację, która powinna pokrzepić wszystkich kierowców tych bardziej przyziemnych samochodów – na przykład o wartości kompletu felg do LaFerrari. Nieoficjalnie wiadomo, że producent przeprowadził akcję serwisową wśród użytkowników, bo okazało się, że farba zastosowana do malowania zbiornika paliwa grozi pożarem.

Nic nowego w przypadku Ferrari, bo w modelu 458 Italia podobny problem dotyczył kleju wykorzystanego w komorze silnika. Z kolei na rynku amerykańskim trzeba było poprawić kilkadziesiąt egzemplarzy LaFerrari, w których wystąpiły problemy z zagłówkami (pochłaniały niewłaściwą ilość energii) oraz trzeba było skorygować komunikat wyświetlany w przypadku przebicia opony (system informował kierowcę o spadku ciśnienia, a nie o konieczności zatrzymania się).

Można chyba jednak przymknąć oko na te usterki – wszak drobne awarie też już chyba tworzą klimat włoskich samochodów, także tych najdroższych i najbardziej pożądanych. Każdy z nas chętnie postawiłby LaFerrari w garażu, nawet mimo wspomnianych niedoróbek.

Posted by Tomasz Ostrowski

Leave a reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *