Przyczyny awaryjności współczesnych samochodów

Tytułowe pytanie trzeba oczywiście potraktować z przymrużeniem oka. Nie jest tak, że każdy nowy samochód spędza więcej czasu w warsztacie niż na drodze. Jednak z pewnością współczesne auta mogą pozazdrościć niezawodności swoim starszym kuzynom. Możemy mówić o szczęściu lub prawdziwym wyjątku, jeśli statystyczny samochód zjeżdżający dziś z taśmy produkcyjnej przejedzie bez poważniejszej naprawy dystans rzędu 200 tysięcy kilometrów.

Rekordy wytrzymałości

Jeśli wzorem filmu „Powrót do przyszłości” zjawiłby się w 2018 roku przybysz z lat 80., to musiałby się nieźle zdziwić, widząc zamiast latających samochodów auta, które mają tak zadziwiająco niską trwałość. Wszak produkowany jeszcze w jego czasach Mercedes W123, czyli popularna „Beczka”, potrafił przejechać ponad milion kilometrów bez poważnej usterki. Według statystyk ADAC z 1982 roku średni przebieg modelu z dwulitrowym silnikiem diesla w momencie pierwszej awarii (unieruchomienie samochodu z przyczyn technicznych) wynosił ponad 850 tysięcy kilometrów. Dziś możemy tylko pomarzyć o takim wyniku.

Wydawałoby się, że wraz z postępem technologicznym i coraz większą wiedzą oraz doświadczeniem producentów, samochody będą coraz trwalsze. Tymczasem usterki mnożą się nawet w nowych pojazdach, a od czasu do czasu motoryzacyjny światek poruszają wieści o kolejnej „akcji serwisowej” któregoś z wielkich wytwórców.

Winna statystyka albo spisek?

Nie ma co się oszukiwać, samochód stał się dobrem znacznie bardziej powszechnym niż jeszcze dwie czy trzy dekady temu. Im więcej sztuk danego produktu na rynku, tym przecież większa szansa, że dobiegną nas wieści o tym, że sąsiadowi wujka albo kuzynowi kolegi z pracy padł rozrząd w samochodzie marki A. Z raportów awaryjności wynika jednak, że problemy dotykają nie tylko krewnych i znajomych królika. Wspomnieliśmy już o Mercedesie „Beczce” – a teraz zdarzają się samochody, które po przejechaniu 200 tysięcy są w takim stanie mechanicznym czy blacharskim, że dalsze inwestycje w naprawy są pozbawione sensu.

Mija gwarancja i jeszcze przed chwilą objęty nią przedmiot – czy to pralka, czy lodówka, czy telewizor, a także samochód – niemal natychmiast przestaje działać. Czy to wielki spisek producentów, mający na celu albo wymuszanie kupna kolejnych egzemplarzy z większą niż zakłada klient częstotliwością, albo kosztowne naprawy pogwarancyjne? Bez przesady, powody są znacznie bardziej prozaiczne.

Ekonomia i ekologia

Produkować więcej, sprzedawać jak najtaniej – czego się nie robi, by słupki w arkuszu kalkulacyjnym zadowoliły księgowych? Niska, zadowalająca konsumentów cena zakupu wymusza cięcie kosztów przy produkcji. Przenoszenie linii produkcyjnych do krajów, w których praca, brutalnie mówiąc, kosztuje mniej, stosowanie surowców czy podzespołów gorszej jakości, za to tańszych – takie zabiegi stosuje mnóstwo doskonale znanych marek.

Z kolei narzucane przez urzędników coraz bardziej rygorystyczne normy dotyczące spalania czy zanieczyszczeń wymuszają trudne do osiągnięcia kompromisy. Z jednej strony trzeba spełnić wymagania, a z drugiej zadowolić kierowców – oczekujących przyzwoitych osiągów. W nowych modelach pojawiają się zatem coraz mniejsze, ale mocno wysilone silniki, obudowane osprzętem zwiększającym moc (turbosprężarki) i pilnującym tak zwanej ekologii (filtry cząstek stałych, systemy start-stop).

Czas to pieniądz

Nowe rozwiązania wdrażane są teraz błyskawicznie. Wiadomo, trzeba ubiec konkurencję. Nie wszystkie wynalazki są wystarczająco sprawdzane przed rynkowym debiutem, stąd część przykrego obowiązku testów spada na zwykłych kierowców – i bywa, że kończy się wspomnianymi akcjami serwisowymi.

Gdzie szukać dodatkowych oszczędności, czasu i pieniędzy? Ano przykładowo dzięki skróceniu testów drogowych przed wypuszczeniem nowego modelu na rynek. Szybciej, taniej – ale niekoniecznie tak samo solidnie, jak dawniej.

Masa dodatków

Dawno minęły czasy, kiedy wprawny użytkownik mógł wiele usterek usunąć we własnym zakresie, korzystając ze skromnego zestawu narzędzi. Współczesne auto nie jest tak relatywnie prostą konstrukcją, jak kuzyni sprzed paru dekad. Układy wtryskowe zamiast poczciwego gaźnika, panoszące się turbosprężarki z intercoolerami, dwumasowe koło zamachowe, common rail czy pompowtryskiwacze – mówiąc wprost, więcej rzeczy może ulec potencjalnej awarii, do tego mocno trzebiąc kieszeń właściciela.

Poczciwe rozwiązania na pewno nie zapewniały ani takich osiągów, ani komfortu użytkowania jak obecne wynalazki, ale były trwalsze i prostsze w naprawie. Teraz dochodzi jeszcze wszechobecna elektronika. Bywa kapryśna i przede wszystkim zmusza do pomocy fachowców przy niemal każdej usterce. Taka jest cena rozwoju technicznego. Plusem jest niewątpliwie lepsza dostępność części i mnogość miejsc, w których można wszelkie usterki usunąć, ale za to coraz mniej rzeczy można zrobić samemu przy samochodzie.

Kwestia projektu i doświadczenia

Mówi się, że w wielu konkretnych modelach coś jest wadliwe i jest to prawda” – mówi o podejściu do projektowania samochodów Tomasz Ostrowski, ekspert Ucando.pl. – „Wybrane modele przez cały czas cierpią na typowe dla nich usterki. W fazie projektu nie da się przewidzieć w stu procentach, co podda się po przebiegu rzędu dwustu tysięcy kilometrów. Wiele rzeczy można wyliczyć, ale nie wszystko. Producenci ładują do samochodów masę nowinek technologicznych, a ich dopracowanie to całe lata użytkowania i zdobywania doświadczeń przez firmy motoryzacyjne. Gdy jedne rzeczy przestają się psuć, to po drodze do danego modelu trafia coś nowego i przysparza kolejnych problemów. Na przykład kiedyś ciekły pompy hamulcowe, dziś psują się czujniki ABS albo sondy lambda”.

Co poradzić?

O legendarnej trwałości maszyn z dawnych lat możemy co prawda zapomnieć, ale nie należy się poddawać. Nie każdy samochód stanie na amen tuż po upływie okresu gwarancji, nie każdy spędzi więcej czasu w warsztacie niż na drogach. Częściowo na długowieczność naszego auta wpływ możemy mieć także my, kierowcy.

Ważne jest samo użytkowanie auta” – dodaje Tomasz Ostrowski. – „Zwróćmy uwagę na przykład na dobór części zamiennych, przy czym nie trzeba ograniczać się do oryginałów czy najdroższych zamienników. Istotna jest jakość, a nie sama cena. Tańsze produkty też doskonale się spisują, ale nie wszystkie dorównują trwałością tym droższym. Pamiętajmy też o odpowiednim zadbaniu o auto. Przeglądy, wymiany płynów, nawet mycie i czyszczenie po zimie – dziś drogi posypuje się preparatami, które nieszczególnie sprzyjają trwałości nadwozia i podwozia. Zwracajmy uwagę na wszystko, co może pomóc w przedłużeniu żywotności poszczególnych elementów. Na przykład gumowa osłona na amortyzator kosztuje 50 złotych i jej wymiana wymaga wyjęcia amortyzatora, ale jej uszkodzenie doprowadzi do szybkiego zniszczenia amortyzatora, wartego kilkaset złotych”.

Posted by Daniel Holuk

One Comment

  1. Niestety teraz już nie robią takich aut jak to kiedyś było. Z resztą porównać można sobie samochody które mają ponad 20 lat i dalej jeżdżą, a te obecne nie wiem czy aż tyle wytrzymają.

    Odpowiedz

Dodaj odpowiedź